Horton i Król Julian

Zgodnie z zapowiedzią z początku książki kończę ją wyjaśnieniem, skąd w tytule bohater kreskówki. Ale, korzystając z ostatniej okazji, niech będzie ono jeszcze jedną złośliwością pod adresem teologii. Będzie to wyjaśnienie w jej stylu: niewyjaśniające tego, co rzekomo wyjaśniać miało i szybko uciekające od tematu, żeby dojść do z góry założonych wniosków.

Jednak to podobieństwo jest czysto powierzchowne. Będzie to łatwa do zrozumienia, ale rzetelna argumentacja, w której obronię główną tezę całej książki: aby rozstrzygnąć, ile warta jest teologia i cała koncepcja boga, nie trzeba czytać “Sumy Teologicznej”. Wystarczy obejrzeć film animowany. Co da się pomyśleć – da się wypowiedzieć; co da się wypowiedzieć – da się wypowiedzieć w prosty sposób.

Czytaj dalej

Źródło nakanapie.pl


Rozdział z mojej e-książki “Horton Antireligious” – aktualny jak nigdy po sejmowym zamieszaniu wokół słów Anny Grodzkiej i reakcji Jana Dziedziczaka. O mówieniu do księży per “pan”.

Proszę PANA, pewna kwoka… Czyli okupacji języka ciąg dalszy

Spróbujcie kiedyś zwrócić się do księdza “proszę pana”. Oczywiście, nie będziecie pierwsi i nie będzie to wcale wyczyn, za który pójdziecie do antyklerykalnego nieba, ale efekty mogą się okazać interesujące…

Czytaj dalej



Ukryte znaczenie obrazka z drzwiami
“Powstanie+2011” w miejscu, gdzie zwykle pisze się “K+M+B” (tak, wiem, to nie plusy) ma nie tylko wyrażać sprzeciw wobec utrwalonych schematów i – w większości przypadków: bezmyślengo – trzymania się tradycji.
Drzwi symbolizują przejście, zmianę, otwieranie nowego etapu i zamykanie starego. Przed Powstaniem 2011 taki właśnie moment. Tym ważniejszy, że kończy się rok, który akcja ma w nazwie.
Wszyscy, którym idea Powstania 2011 jest bliska, mają dobry powód, żeby zastanowić się nad jego przyszłością i mieć swój udział w odpowiedzi na pytanie “Co dalej z Powstaniem 2011?”
Zanim przedstawię kilka własnych odpowiedzi – krótkie podsumowanie tego, co wydarzyło się do tej pory.
Zaczęło się w 2010 roku od prostej a zaskakującej obserwacji: “Skoro mam rację, dlaczego nie dzieje się to, co powinno?” Skoro jest tyle mocnych argumentów przeciwko twierdzeniom religii i jej sposobom myślenia i życia, dlaczego to ciągle ona i one dominują w Polsce?!

Pragnienie, by zmienić ten stan rzeczy już w kolejnym roku, podsunęło skojarzenie dwóch jedynek z dwiema czwórkami i stąd pomysł, żeby nawiązać do Powstania Warszawskiego. Był to krok wielokrotnie krytykowany, ale myślę, że jego ocena pozostaje sprawą otwartą.
Powstanie 2011 rozpoczęło się od kilku wpisów, których czytelników dałoby się pewnie policzyć na palcach jednej ręki. Ale potem zrobiłem obrazek z Jezusem i podpisem “Pozwólcie dzieciom zdecydować czy przychodzić do mnie”, później “To twój ślub, nie babci – nie musisz go brać w kościele” i nagle okazało się, że łamany (tekstem) język obrazkowy trafia do ludzi szybciej i skuteczniej, a przede wszystkim – do większej ich liczby. W ten sposób Powstanie 2011 zaczęło mówić w specyficznym narzeczu, które w moim – nieobiektywnym, bo autorskim – odczuciu jest mieszanką plakatu propagandowego i rysunku satyrycznego.
Plakaty nawoływały do szczerego podania wyznania lub jego braku w spisie powszechnym, do pozostania w domu, gdy nas ciągną do kościoła, a my nie mamy ochoty iść, do przeznaczenia drobnych na przejrzyście rozliczające się organizacje charytatywne, zamiast na tacę – ogólnie: wcale nie tak dużo antyklerykalizmu, a przede wszystkim: zachęta do nonkonformizmu.
Jeden z rysunków opublikował Courrier International jako ilustrację tekstu Jacka Żakowskiego, kiedy to temat laickości państwa i wolności przestrzeni publicznej od symboliki religijnej stał się jednym z najczęściej poruszanych w mediach. Kiedy toczono walkę o krzyż (i z krzyżem) na Krakowskim Przedmieściu, Powstanie 2011 było bardzo na czasie, ale też NIE pojawiło się na fali “mody na ateizm”, co niektórzy próbują nam zarzucać. Istniało i działało wcześniej.
Doczekaliśmy się 6500 “fanów”, co jest wynikiem o cały rząd wielkości lepszym niż większości antyklerykalnych stron na Facebooku. Właściwie, o ile wiem, wyprzedza nas tylko prawdziwy potentat w tej dziedzinie,  działający od kilku lat Racjonalista.pl. Nie to, żebym się z imś ścigał, ale w końcu jest to jakiś wskaźnik atrakcyjności przekazu i fakt, który warto odnotować.
Dla mnie rok 2011 był bardzo ważny również z kilku osobistych powodów. Wygrałem kilka małych rodzinnych batalii. Przyszła na świat moja druga córka i nie została ochrzczona; starsza nie chodzi na religię i nie rozpoczęła przygotowań do Pierwszej Komunii. W spisie powszechnym z radością zadeklarowałem ateizm i odmówiłem odpowiedzi na pytanie o wyznanie dziecka, uważając, że takowego nie może jeszcze mieć i wybierze je w odpowiednim czasie sama (choć teraz oczywiście podziela poglądy swego ojca). Mam nadzieję, że Powstanie 2011 przekonało kilka innych osób do tego, by nie bać się określić – w zgodzie z prawdą – jako ktoś inny niż “katolik”. Być może jest to opcja domyślna, ale – jak mówi jeden z plakatów – dobrze skonfigurowany system działa lepiej i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ustawienia spersonalizować.
Ale wróćmy do pytania, co dalej.
Widzę kilka dróg, którymi może podążyć Powstanie 2011. Będę wdzięczny wszystkim, którzy pomogą mi wybrać spośród nich albo dostrzec jeszcze inne możliwości.
1. Powstanie 2011 zostaje “zamrożone” i z końcem roku zmienia się w internetowe muzeum zdarzeń z lat 2010-2011, a wszyscy zaangażowani wymyślają coś nowego, pod nowym szyldem i działają dalej, ale w nowej formule.
2. Powstanie 2011 wychodzi poza Facebooka i staje się akcją artystyczno-społeczną opartą przede wszystkim na “the best of” z grafik i forum dla osób, które mają ochotę wspierać się nawzajem w “czynie powstańczym”, czyli powstrzymywaniu się od działań, w których sens nie wierzą i zachęcaniu do tego innych.
3. Powstanie 2011 rozszerza pole działania o szeroko rozumiany racjonalizm i pisze, rysuje i dyskutuje o wszystkim, co wiąże się z niereligijnym sposobem życia i myślenia. Nie wyklucza to oczywiście tego, o czym była mowa w punkcie drugim; pytanie tylko czy owo rozszerzenie byłoby dobre.
4. Powstanie 2011 wychodzi nie tylko poza Facebooka, ale i poza Internet. W gronie kilku chętnych, korzystając z grafik, tekstów i komentarzy zgromadzonych na stronie facebookowej, piszemy “Podręcznik debógingu” i próbujemy wydać go w formie książkowej. Dzięki temu docieramy do większej (a przynajmniej innej) grupy docelowej niż dotychczas i zwiększamy siłę oddziaływania idei.
Każda opcja ma swoje plusy i minusy. Zdaję sobie sprawę z tych ostatnich, ale póki co o nich nie wspominam. Ciekaw jestem Waszego zdania. Którą drogę wybrać? Tylko jedną czy jakąś kombinację? A może jeszcze jakąś spoza wyienionych?
Cokolwiek kryje się za tymi drzwiami, miejcie swój wkład w uczynienie tego wyjątkowym i wartościowym! Z góry dziękuję :)
Eldrycz

Ukryte znaczenie obrazka z drzwiami

“Powstanie+2011” w miejscu, gdzie zwykle pisze się “K+M+B” (tak, wiem, to nie plusy) ma nie tylko wyrażać sprzeciw wobec utrwalonych schematów i – w większości przypadków: bezmyślengo – trzymania się tradycji.

Drzwi symbolizują przejście, zmianę, otwieranie nowego etapu i zamykanie starego. Przed Powstaniem 2011 taki właśnie moment. Tym ważniejszy, że kończy się rok, który akcja ma w nazwie.

Wszyscy, którym idea Powstania 2011 jest bliska, mają dobry powód, żeby zastanowić się nad jego przyszłością i mieć swój udział w odpowiedzi na pytanie “Co dalej z Powstaniem 2011?”

Zanim przedstawię kilka własnych odpowiedzi – krótkie podsumowanie tego, co wydarzyło się do tej pory.

Zaczęło się w 2010 roku od prostej a zaskakującej obserwacji: “Skoro mam rację, dlaczego nie dzieje się to, co powinno?” Skoro jest tyle mocnych argumentów przeciwko twierdzeniom religii i jej sposobom myślenia i życia, dlaczego to ciągle ona i one dominują w Polsce?!

Pragnienie, by zmienić ten stan rzeczy już w kolejnym roku, podsunęło skojarzenie dwóch jedynek z dwiema czwórkami i stąd pomysł, żeby nawiązać do Powstania Warszawskiego. Był to krok wielokrotnie krytykowany, ale myślę, że jego ocena pozostaje sprawą otwartą.

Powstanie 2011 rozpoczęło się od kilku wpisów, których czytelników dałoby się pewnie policzyć na palcach jednej ręki. Ale potem zrobiłem obrazek z Jezusem i podpisem “Pozwólcie dzieciom zdecydować czy przychodzić do mnie”, później “To twój ślub, nie babci – nie musisz go brać w kościele” i nagle okazało się, że łamany (tekstem) język obrazkowy trafia do ludzi szybciej i skuteczniej, a przede wszystkim – do większej ich liczby. W ten sposób Powstanie 2011 zaczęło mówić w specyficznym narzeczu, które w moim – nieobiektywnym, bo autorskim – odczuciu jest mieszanką plakatu propagandowego i rysunku satyrycznego.

Plakaty nawoływały do szczerego podania wyznania lub jego braku w spisie powszechnym, do pozostania w domu, gdy nas ciągną do kościoła, a my nie mamy ochoty iść, do przeznaczenia drobnych na przejrzyście rozliczające się organizacje charytatywne, zamiast na tacę – ogólnie: wcale nie tak dużo antyklerykalizmu, a przede wszystkim: zachęta do nonkonformizmu.

Jeden z rysunków opublikował Courrier International jako ilustrację tekstu Jacka Żakowskiego, kiedy to temat laickości państwa i wolności przestrzeni publicznej od symboliki religijnej stał się jednym z najczęściej poruszanych w mediach. Kiedy toczono walkę o krzyż (i z krzyżem) na Krakowskim Przedmieściu, Powstanie 2011 było bardzo na czasie, ale też NIE pojawiło się na fali “mody na ateizm”, co niektórzy próbują nam zarzucać. Istniało i działało wcześniej.

Doczekaliśmy się 6500 “fanów”, co jest wynikiem o cały rząd wielkości lepszym niż większości antyklerykalnych stron na Facebooku. Właściwie, o ile wiem, wyprzedza nas tylko prawdziwy potentat w tej dziedzinie,  działający od kilku lat Racjonalista.pl. Nie to, żebym się z imś ścigał, ale w końcu jest to jakiś wskaźnik atrakcyjności przekazu i fakt, który warto odnotować.

Dla mnie rok 2011 był bardzo ważny również z kilku osobistych powodów. Wygrałem kilka małych rodzinnych batalii. Przyszła na świat moja druga córka i nie została ochrzczona; starsza nie chodzi na religię i nie rozpoczęła przygotowań do Pierwszej Komunii. W spisie powszechnym z radością zadeklarowałem ateizm i odmówiłem odpowiedzi na pytanie o wyznanie dziecka, uważając, że takowego nie może jeszcze mieć i wybierze je w odpowiednim czasie sama (choć teraz oczywiście podziela poglądy swego ojca). Mam nadzieję, że Powstanie 2011 przekonało kilka innych osób do tego, by nie bać się określić – w zgodzie z prawdą – jako ktoś inny niż “katolik”. Być może jest to opcja domyślna, ale – jak mówi jeden z plakatów – dobrze skonfigurowany system działa lepiej i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ustawienia spersonalizować.

Ale wróćmy do pytania, co dalej.

Widzę kilka dróg, którymi może podążyć Powstanie 2011. Będę wdzięczny wszystkim, którzy pomogą mi wybrać spośród nich albo dostrzec jeszcze inne możliwości.

1. Powstanie 2011 zostaje “zamrożone” i z końcem roku zmienia się w internetowe muzeum zdarzeń z lat 2010-2011, a wszyscy zaangażowani wymyślają coś nowego, pod nowym szyldem i działają dalej, ale w nowej formule.

2. Powstanie 2011 wychodzi poza Facebooka i staje się akcją artystyczno-społeczną opartą przede wszystkim na “the best of” z grafik i forum dla osób, które mają ochotę wspierać się nawzajem w “czynie powstańczym”, czyli powstrzymywaniu się od działań, w których sens nie wierzą i zachęcaniu do tego innych.

3. Powstanie 2011 rozszerza pole działania o szeroko rozumiany racjonalizm i pisze, rysuje i dyskutuje o wszystkim, co wiąże się z niereligijnym sposobem życia i myślenia. Nie wyklucza to oczywiście tego, o czym była mowa w punkcie drugim; pytanie tylko czy owo rozszerzenie byłoby dobre.

4. Powstanie 2011 wychodzi nie tylko poza Facebooka, ale i poza Internet. W gronie kilku chętnych, korzystając z grafik, tekstów i komentarzy zgromadzonych na stronie facebookowej, piszemy “Podręcznik debógingu” i próbujemy wydać go w formie książkowej. Dzięki temu docieramy do większej (a przynajmniej innej) grupy docelowej niż dotychczas i zwiększamy siłę oddziaływania idei.

Każda opcja ma swoje plusy i minusy. Zdaję sobie sprawę z tych ostatnich, ale póki co o nich nie wspominam. Ciekaw jestem Waszego zdania. Którą drogę wybrać? Tylko jedną czy jakąś kombinację? A może jeszcze jakąś spoza wyienionych?

Cokolwiek kryje się za tymi drzwiami, miejcie swój wkład w uczynienie tego wyjątkowym i wartościowym! Z góry dziękuję :)

Eldrycz


…czyli dlaczego boga należy traktować jak każdy inny produkt regionalny. {Rozdział 1. z “Hortona Antireligiousa”]

“Argument”, który może usłyszeć każdy, kto choćby wspomni o swoich wątpliwościach co do istnienia boga, często brzmi tak: “Większość ludzi na świecie wierzy w boga, więc coś w tym przecież musi być”. COŚ na pewno. Ale na pewno nie to, że jest to powód, by ocenić wyżej prawdopodobieństwo istnienia boga. A wręcz przeciwnie.

Czytaj dalej


Zastanów się nad tym, kiedy i gdzie ostatnio trafiłeś na produkty związane z religią i ich sprzedawców. Najprawdopodobniej bardzo niedawno, a miejsca gdzie – trudno wyliczyć.

Nie chcę teraz pomstować na rozprzestrzenienie myślenia religijnego i jego orędowników. Chcę zwrócić uwagę na to, że przejawy tego pierwszego i działania tych ostatnich nie pojawiają się jak popadnie i byle gdzie. Przy czym “plan”, zgodnie z którym się pojawiają, niezupełnie jest tym, czym może się wydawać.

Czytaj dalej


Swoją obecną pozycję kościół i propagowany przezeń styl myślenia zawdzięcza przyzwyczajeniu, lenistwu intelektualnemu i konformizmowi społeczeństwa. Dzięki temu, że wszyscy porozumiewamy się religijnym językiem, akceptujemy tradycyjne formy i zachowania, powszechnie wykonujemy katolickie gesty, posyłamy dzieci do komunii, a z noworodkami biegniemy na gwałt je chrzcić, episkopat sądzi, że ma prawo grać kartą “polskie społeczeństwo jest w przytłaczającej większości katolickie”. Nie ma się co dziwić, że tak robi.

Jak dotąd nie udaje się stworzenie silnego, zorganizowanego ruchu świeckiego, który byłby przeciwwagą dla ruchu religijnego. Racjonaliści działają w swoich organizacjach, dyskutują na swoich forach, czytają swoje książki - wszystko w nieporównanie mniejszej skali i z mizernym nagłośnieniem w porównaniu z podobnymi działaniami katolików.

Przejrzyjmy wreszcie na oczy: żadna nowa strona internetowa, klub dyskusyjny ani czasopismo nie zmienią układu sił w społeczeństwie. Porzućmy próby zakładania kolejnych skazanych na niepowodzenie organizacji laickich i skupmy się nie na budowaniu własnej siły, ale na osłabieniu przeciwnika.

A myśląc jak to zrobić – również powstrzymajmy się od ambitnych planów i zamierzeń. Nie dokonamy tego kulturalnymi debatami, zgrabnymi felietonami ani programami popularyzującymi naukę.

Może i brzmi to jak wezwanie do wojny  partyzanckiej, ale to właśnie musimy zrobić: przenieśmy walkę na ulicę. A naszą metodą działania niech będą Indywidualne Akty Nonkonformizmu.

Czytaj dalej


Wszyscy antyklerykałowie, agnostycy, ateiści i racjonaliści zgodnie narzekają: Kościół wtrąca się do wszystkich dziedzin życia, narzuca każdemu – niezależnie od światopoglądu i wyznania – swoje “nauki”, skwapliwie korzysta z usłużności władz i – po odebraniu z nawiązką “mienia zagrabionego” przez “komunę” – nadal domaga się więcej i więcej…
…i co?
Co każdy z nas, narzekających, zrobił, żeby było inaczej? Kto z nas pokusił się o coś więcej niż dodanie kilku wpisów na internetowych forach albo przeprowadzenie w trakcie rodzinnego obiadu burzliwej dyskusji z babcią?
Krótki przegląd internetowych inicjatyw nie-religijnych (przez co rozumiem organizacje, grupy, strony www itp. zdecydowanie odcinające się od kościoła i na tym budujące swą tożsamość, ale niekoniecznie kościół i wiarę zwalczające) pokazuje, że jest ich bardzo niewiele, skupiają zaledwie garstkę ludzi, a większość z nich (inicjatyw, nie ludzi) usycha po opadnięciu początkowej fali entuzjazmu twórców i pierwszych zwerbowanych.
Za przykład niech posłuży jeden z niedawnych projektów, od którego pomysłodawcy otrzymałem zaproszenie do współpracy. Odpowiedziałem, że oczywiście, bardzo chętnie… i na tym się skończyło.
Mea culpa. Przyznaję: sam jestem takim leniwym, niezorganizowanym racjonalistą, dla którego zrzeszanie się jest z natury obce, a konstruktywna współpraca – trudna. Ale, jak się okazuje, nie tylko ze mną jest ten problem: projekt ruszył, na jego stronie jest kilka wpisów, kilka linków… Ale, patrząc po datach, można się przekonać, że początkowy impet stopniowo słabł, ci, którzy – jak ja – obiecali wsparcie, stopniowo o tym zapominali, autor stopniowo tracił motywację.
Oczywiście, to nic nowego. Wiadomo nie od dziś, że ateiści są zwykle indywidualistami, którym nie zależy aż tak bardzo na uczestniczeniu we wspólnotach, żeby mieli je co chwilę tworzyć i intensywnie w nich działać. Poza tym ateistycznych, agnostycznych czy racjonalistycznych sposobów myślenia i życia jest tyle, że trudno skupić większą grupę wokół jednego tylko odłamu. A przez to, ich zwolennicy są mocno rozproszeni. Ostatni, ale fundamentalny, problem, to ten, że brak jako taki (w tym wypadku – wiary) słabo sprawdza się jako idea łącząca ludzi.
Nie mylmy jednak wyjaśnienia z usprawiedliwieniem! Niech każdy z nas zada sobie to pytanie: być czy działać? Trwać w swoim racjonaliźmie i narzekać, że wokół zabobon, czy zrobić coś, żeby idee oświeceniowe wzięły górę?
Oczywiście: działać! Pytanie tylko: jak? Tradycyjnie wybierane metody najwyraźniej nie zdają egzaminu. Musimy spróbować czegoś nowego. I właśnie coś takiego chciałbym zaproponować.
O tym - już wkrótce.

Wszyscy antyklerykałowie, agnostycy, ateiści i racjonaliści zgodnie narzekają: Kościół wtrąca się do wszystkich dziedzin życia, narzuca każdemu – niezależnie od światopoglądu i wyznania – swoje “nauki”, skwapliwie korzysta z usłużności władz i – po odebraniu z nawiązką “mienia zagrabionego” przez “komunę” – nadal domaga się więcej i więcej…

…i co?

Co każdy z nas, narzekających, zrobił, żeby było inaczej? Kto z nas pokusił się o coś więcej niż dodanie kilku wpisów na internetowych forach albo przeprowadzenie w trakcie rodzinnego obiadu burzliwej dyskusji z babcią?

Krótki przegląd internetowych inicjatyw nie-religijnych (przez co rozumiem organizacje, grupy, strony www itp. zdecydowanie odcinające się od kościoła i na tym budujące swą tożsamość, ale niekoniecznie kościół i wiarę zwalczające) pokazuje, że jest ich bardzo niewiele, skupiają zaledwie garstkę ludzi, a większość z nich (inicjatyw, nie ludzi) usycha po opadnięciu początkowej fali entuzjazmu twórców i pierwszych zwerbowanych.

Za przykład niech posłuży jeden z niedawnych projektów, od którego pomysłodawcy otrzymałem zaproszenie do współpracy. Odpowiedziałem, że oczywiście, bardzo chętnie… i na tym się skończyło.

Mea culpa. Przyznaję: sam jestem takim leniwym, niezorganizowanym racjonalistą, dla którego zrzeszanie się jest z natury obce, a konstruktywna współpraca – trudna. Ale, jak się okazuje, nie tylko ze mną jest ten problem: projekt ruszył, na jego stronie jest kilka wpisów, kilka linków… Ale, patrząc po datach, można się przekonać, że początkowy impet stopniowo słabł, ci, którzy – jak ja – obiecali wsparcie, stopniowo o tym zapominali, autor stopniowo tracił motywację.

Oczywiście, to nic nowego. Wiadomo nie od dziś, że ateiści są zwykle indywidualistami, którym nie zależy aż tak bardzo na uczestniczeniu we wspólnotach, żeby mieli je co chwilę tworzyć i intensywnie w nich działać. Poza tym ateistycznych, agnostycznych czy racjonalistycznych sposobów myślenia i życia jest tyle, że trudno skupić większą grupę wokół jednego tylko odłamu. A przez to, ich zwolennicy są mocno rozproszeni. Ostatni, ale fundamentalny, problem, to ten, że brak jako taki (w tym wypadku – wiary) słabo sprawdza się jako idea łącząca ludzi.

Nie mylmy jednak wyjaśnienia z usprawiedliwieniem! Niech każdy z nas zada sobie to pytanie: być czy działać? Trwać w swoim racjonaliźmie i narzekać, że wokół zabobon, czy zrobić coś, żeby idee oświeceniowe wzięły górę?

Oczywiście: działać! Pytanie tylko: jak? Tradycyjnie wybierane metody najwyraźniej nie zdają egzaminu. Musimy spróbować czegoś nowego. I właśnie coś takiego chciałbym zaproponować.

O tym - już wkrótce.



Posts I Liked on Tumblr